KURIEREK – „B”
Pismo Członków i Sympatyków NSZZ „Solidarność” Bochnia – Brzesko Wydanie specjalne Nr 124 11 września 2005r.
Mały wielki „Kurierek”
13 grudnia 1981 roku stan wojenny zamroził (ale nie powstrzymał) solidarnościowy pochód do wolności. Kilka miesięcy później wyszedł z konspiracyjnej drukarni pierwszy numer „Kurierka”, pisma bocheńskiej „Solidarności”. Niewielki formatem (A-4), dwustronicowy, rzadziej cztero – krzepił felietonami i dostarczał wiele praktycznych informacji, choćby z dziedziny praw obywatelskich. Był także kronikarzem swojego czasu, odnotowując skrzętnie dramatyczne wydarzenia stanu wojennego, akty represji, sprawy pracownicze bocheńskich i brzeskich zakładów pracy, a nadto ujawniał wiele niepraworządności. W pierwszym okresie gorących dni mroźnego stanu wojennego „Kurierek” był widomym znakiem trwania „Solidarności” i tonem, nazbyt może patetycznym, ale wyrazistym obwieszczał niezmiennie: Solidarność zwycięży... Do września 1985 roku „Kurierek” obejmował obszar Bochni i Brzeska Od października 1985 r. pismo obejmowało zasięgiem działania Bochnię, Brzesko, Dąbrowę Tarnowską a nawet Tarnów To był swoisty fenomenem, bo pism, o podobnym albo nawet większym zasięgu w samej Małopolsce ukazywało się niewiele. O trwałości i znaczeniu małego (formatem) „Kurierka” świadczyło to, że ukazywał się regularnie (raz lub dwa razy w miesiącu) od 13 grudnia 1981 roku do 1989 - w sumie 122 numery. Ani drukarze, ani redaktorzy, jak i kolporterzy, nigdy nie zostali wykryci przez Służbę Bezpieczeństwa. To, co nie udawało się gigantom niezależnego ruchu wydawniczego „S”, jak „Tygodnik Mazowsze”, czy krakowski „Hutnik”, regularnie „zaliczającym” większe lub mniejsze wpadki, stało się udziałem skromnego, bocheńskiego pisma. Pamięć o „Kurierku” przetrwała, przede wszystkim dzięki ludziom kiedyś z nim związanym, pieczołowicie przechowującym, wyblakłe już dzisiaj, kartki papieru powielaczowego z coraz mniej wyraźnym, po latach, drukiem. Dzisiaj „Kurierek” jest dokumentem epoki, zapisem stanu rzeczywistego, ale też odzwierciedleniem nastrojów, poglądów i mentalności ludzi Solidarności tamtego czasu. Nie nam oceniać jego znaczenie, ale na pewno wolno nam z dumą napisać: mały formatem, niósł wielkie przesłanie... I do wolnej Polski doniósł. Choć nie donosił. 25 lat później...
Na początku września br. w Rozdzielu, „górskiej stolicy konspiracyjnej Solidarności” spotkali się na towarzyskim ognisku ludzie „S” z Bochni, Brzeska i Krakowa. Wielu spośród nich to redaktorzy, drukarze i kolporterzy „Kurierka”. Okazja oczywista – ćwierćwiecze powstania ruchu, który nieodwracalnie zmienił Polskę i Europę. W 1980 roku młodzi zapaleńcy („pięknie nieroztropni” – Jacek Kaczmarski), teraz posiwiali, ale z pięknie zapisaną kartą swojej historii, splecionej z historią regionu, w którym żyli, a pośrednio z losami kraju. U niektórych entuzjazm nie ten, co wtedy, ale pozostał błysk w oczach i przeświadczenie, że warto było poświęcić czas, czasem pieniądze, nierzadko zdrowie, a zawsze najlepsze lata życia – na udział w wydarzeniach, które przeorały polską rzeczywistość. Warto było być w środku wydarzeń, które stały się zarzewiem zmian politycznych, społecznych i gospodarczych w naszej części świata.
I tak jak nie ma jednej historii Solidarności, bo jest sumą losów pokoleń Polaków, tworzących tę organizację, tak nie ma jednej, wspólnej historii bocheńskiej opozycji. Bo była ona różnorodna i wielopłaszczyznowa, jak środowiska, z których wywodzili się jej członkowie. Byli w niej i robotnicy i pracownicy z cenzusem naukowym, ludzie dorośli i kilkunastoletnie wyrostki. Przeważali mężczyźni, ale nie brakowało pań, dla których pojęcie matki-Polki nie ograniczało się tylko do pielęgnacji domowego ogniska. Wszyscy oni, działając w niespełna 30 tysięcznym mieście, przyczynili się do narodzenia legendy, która w jakimś stopniu trwa do dziś, bo po dziś dzień pozostali w cieniu, nie ujawnili swych nazwisk, ani tego, co robili. Nie odcinają też kuponów od swej działalności, bo uważają, że to, co robili zarówno przed, jak i po stanie wojennym, to był obywatelski obowiązek, obowiązek, a nie droga do kariery. Bo kierowali się patriotyzmem, słowem w obecnych czasach okrutnie sponiewieranym przez różnych piewców tzw. nowej moralności. Podczas tego rozdzielskiego ogniska zatlił się pomysł, by teraz, dokładnie po 23 latach i 359 dniach od ukazania się pierwszego „Kurierka”, wydać jeszcze jeden jego numer. Wspomnieniowy. W kolejności nr 123... Czy tylko okazjonalny? Czy tylko rocznicowy? Oceńcie Państwo sami. Ireneusz Sobas
NALEWKA POMIDOROWA. Pod takim tytułem jedna z bocheńskich gospodyń zanotowała następujący przepis kulinarny: 1 opakowanie pasty pomidorowej, 50 – 100 ml wody, 1 łyżka oleju słonecznikowego, 3 – 5 łyżek spirytusu. Wymieszać i odstawić na 24 godziny. Gdyby dzisiaj komuś przeszło do głowy sporządzić taką nalewkę, to ostrzegamy, że spożyć ją może wyłącznie na własną odpowiedzialność, a najlepiej w obecności lekarza. W tym przepisie zakamuflowana jest bowiem receptura farby drukarskiej do sitodruku, jednej z technik drukarskich używanych w niezależnym obiegu wydawniczym PRL. A jak rozszyfrować ten przepis? - Pastę pomidorową zastępujemy pastą do prania „Komfort” (wtedy taka była w sprzedaży), spirytus - farbą offsetową (w razie jej braku pastą do butów „Erdal”), a reszta dokładnie jak w przepisie. Do szczęścia potrzebna była jeszcze ramka na zawiasach, na którą napięte było drobne sito. Sito pokrywano emulsją światłoczułą, a później przykładano do niego kliszę z pozytywem tekstu, naświetlano halogenem i po wypłukaniu – gotowe do drukowania. Jeszcze tylko rękawice, aby nie odcisnąć przypadkowo na gazetce odcisku palca - i gotowe. Taką techniką wydano cztery numery „Kurierka”: nr 100, 101, 102 oraz 108. A w podziemnym drukarstwie w Polsce tą techniką wydano wiele znaczących pozycji książkowych i pism drugiego obiegu. KASJER W DRUKARNI. Od numeru 116 „Kurierek – B” drukowano na powielaczu offsetowym. Wówczas pojawiły się pewne problemy. Maszyna offsetowa przyjechała (jakiż to łańcuch ludzi dobrej woli, z Polski, Europy i USA, kryje się za tym krótkim – „przyjechała”) zapakowana bez instrukcji obsługi. Jeden z podziemnych drukarzy „S” uruchomił ją, ale coś było nie w porządku. Maszyna zabierała po kilka kartek jednocześnie i nie można było sobie z tym poradzić. W związku z tym przy każdym drukowaniu jeden z drukarzy czuwał nad papierem, „wydzielając” powielaczowi kartki papieru, przez co w odliczaniu kartek nabrał wprawy bankowego kasjera, liczącego banknoty - i takim mianem został „ochrzczony”. Po latach stosowania „kasjerskiej techniki”, w roku 1989, kiedy drukowaliśmy ostatniego „Kurierka” - nr 122, zauważyliśmy w offsecie dwa otwory na blaszki, których przeznaczenia dotąd nie znaliśmy. A blaszki używaliśmy do... mieszania farby. Kiedy jednak, zamiast mieszać farbę, włożyliśmy je w te właśnie otwory – maszyna zaczęła drukować bez zarzutu. Wówczas jeden z drukarzy powiedział: szkoda, że to drukowanie się kończy, bo teraz moglibyśmy drukować bez problemów duże nakłady. I pomyśleć, co potrafi Polak, kiedy nie zna instrukcji? NAJCIEMNIEJ POD LATARNIĄ. Żeby móc drukować na offsecie, trzeba było przygotować matryce. Można było je wykonać na kserografie lub metodą fotograficzną. Kiedy w 1989 r. w zaprzyjaźnionej firmie, która wykonywała nam od czasu do czasu matryce (tzw. blachy) zepsuł się kserograf, matrycę wykonano w jednym z komitetów PZPR. Tam SB na rewizje nie przychodziła. A dzisiaj wspominamy ten fakt, jako piękny przykład groteski i absurdu PRL–u, skądinąd, „najweselszego baraku w obozie socjalistycznym”. Jerzy Orzeł
Jak to „Jaruzelski” w chodnikowym pochodzie w Bochni maszerował
Wiemy o tym, że gen. Jaruzelski brał udział w pochodach pierwszomajowych. Ale żeby do Bochni pofatygował się I sekretarz KC PZPR, premier, zwierzchnik Sił Zbrojnych i przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego w jednej osobie? A jednak...
1 maja 1983 roku po godzinie 14 spod bocheńskiej huty (wtedy ZPH) wyruszył pochód. Pierwszomajowy, a jakże inny: niby robotniczy, ale bez trybuny z „aktywem robotniczo – chłopskim”. Nie po ulicy (zakaz zgromadzeń), ale po chodniku, bez orkiestr, zastępów młodzieży, spędzonej „dobrowolnie” - po prostu autentyczny pochód robotniczy.
Kilkuset chłopa, rozciągniętych na długości przynajmniej 200 metrów, szło chodnikami pod eskortą milicji, SB, ORMO, które wszelako nie atakowały. Bo niby jak? Atakować idących po chodniku? – ulicami Wygoda, dalej Dzierżyńskiego (kto dziś pamięta, która to ulica?), 22 Lipca, do kościoła św. Mikołaja. Po drodze przyłączali się inni, także ci, będący na służbie. Pstrykają milicyjne aparaty. Jawnie. Na pamiątkę, a po cóż by innego?!
Kilka dni później Służba Bezpieczeństwa zaprasza uczestników pochodu na przesłuchania. Zbiorowo. Nowy obyczaj tajnej policji: było święto, są pamiątkowe zdjęcia, a więc: zapraszamy chłopcy, wpadnijcie na komendę powspominamy, rzucimy okiem na fotki, może kogoś rozpoznamy? Padają zabawne pytania esbeckich mistrzów intelektu:
Porucznik SB – Dlaczego szliście po chodniku?
Robotnik – A po czym miałem iść, po ulicy?
A jeden z pracowników ZPH miał taką przygodę.
Pokazują mu fotki. Pytają, kogo rozpoznaje? Ten wzrok wytęża, patrzy, przecie to same znajomki, przy jednej maszynie stoją. Ale sypać niefart. Nagle - widzi: Lojzek! Ale jakiś inny, odświętny, nawet czarne okulary dla niepoznaki ubrał. Chłopinie zbiera się na odwagę i wypala: tak, tego skądś znam! Chłopcy zza biurka ożywili się znacznie, biegiem do zdjęcia. Pokaż, który to? Poznajesz gościa? A jak się nazywa?
- Jaruzelski...
Chłopina szybko jest wypraszany za drzwi. Niegościnni esbecy wzywają następnych na „rozpoznanie”. Ale wieść się poniosła i wszyscy już wiedzą, kogo rozpoznawać.
Gdy za przedostatnim uczestnikiem „waprosa”, który na zdjęciu „rozpoznał” Pana Generała zamknęły się drzwi, przyszła kolej na samego Lojzka.
- Poznajcie tam którego?
Lojzek długo świdruje wzrokiem zdjęcia. Wreszcie się odnalazł. Pokazuje palcem na gościa na fotografii.
- Tego znam.
- A jak się nazywa?
- No jak to, nie wiecie? J-A-R-U-Z-E-L-S-K-I
Teraz to kapitan Janikowski nie wytrzymał:
- Wy tu, Warchoł, nie róbcie z nas wała. Wiemy, że to wy. Czemu szliście w pochodzie?
- A, bo w radiowęźle na hucie mówili, żeby iść, no to żem poszedł...
Historyjka autentyczna. Tym, którzy mogą nie pamiętać tamtych czasów przypominamy, że dzień przed 1 maja 1983 hutnicza „S”, wykorzystując zakładowy radiowęzeł, wyemitowała audycję Podziemnego Radia „Solidarność”, w której wezwano do wzięcia udziału w niezależnym pochodzie pierwszomajowym... chodnikowym.
(TW)
Zapis
Drukujemy in extenso fragmenty wiadomości zamieszczanych w „Kurierku” w różnych latach – zachowując styl, pisownię i interpunkcję. Wiele określeń z tamtych czasów może młodym ludziom sprawiać trudności w zrozumieniu ich znaczenia, dlatego opatrujemy je przypisami, o nieco żartobliwej treści.
Na tzw. konferencji sprawozdawczej PZPR1 w ZPH niejaki M-czyk2, znany szeroko z funkcji zakładowych ORMO3, zapewniał gorąco swoich chlebodawców, że związki zawodowe4 w ZPH powstaną. Oczywiście - wronie związki4. Póki co grupa inicjatywna (ponoć jest już taka) działa tajnie, podobnie zresztą jak zakładowy okon - który zmarł już sobie cichutko, przez nikogo nie zauważony. Panowie - zwracamy się tutaj do M- zyka, M - ka i reszty prominentów - nie róbcie nam konkurencji. Jak na taki zakład, jedno podziemie wystarczy, nie ma sensu się ukrywać. Nie dokładajcie roboty kpt. Janikowskiemu5, bo się chłopina pogubi.
(Nr 5, 22 grudnia 1982)
1 PZPR – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – organizacja polityczna, która nie była „zjednoczona”, ani „partią”, nie chroniła praw robotniczych, natomiast prawdą jest, że była „polska”. Niestety.
2 Pomijamy nazwisko, bo też się za tego pana wstydzimy.
3 ORMO – Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej – zrzeszenie jawnych donosicieli i współpracowników milicji politycznej. Nie mylić z TW.
4 Peerelewskie związki zawodowe powołane do ochrony interesów pracodawców... przed pracownikami.
5 Stanisław Janikowski - kapitan bocheńskiej Służby Bezpieczeństwa, postać historyczna i zasłużona dla „Solidarności”. Dzięki jego nieudolności konspiracja rozwijała się bez przeszkód. Podajemy to nazwisko do publicznej wiadomości pro memoria, nie w akcie zemsty, czy drwiny, ale z podziękowaniem i braterskim pozdrowieniem: Dziękujemy Ci, Kapitanie. To była tak zła robota, że aż pożyteczna - dla konspiracyjnej „S”.
Z UKOSA: Osoby wracając z mszy na Błoniach1 w okolicy Cichego Kącika mogły dostrzec „księży”, sprawnie zmieniających sutanny na milicyjne bluzy w stojących tam budach. Nikomu nie udało się stwierdzić, czy pały zostawili razem z bluzami, czy też sutanny miały specjalny uchwyt - jako stały element wyposażenia?
(Nr 17, 12 lipca 1983)
1 Błonia – łąka w Krakowie, na której Ojciec Święty Jan Paweł II odprawiał Mszę Św. dla „nielicznych” milionów katolików, przebywających do 1989 roku w kraju... urzędowo ateistycznym.
Poradnik polskiego demonstranta - zwolennika oporu czynnego:
1. Pamiętaj, że kolec jest łatwy do zrobienia, a skuteczniej zatrzyma konwój ZOMO1 niż najgłośniejszy okrzyk protestu.(...)
2. Pudełko pasty BHP2, rozpuszczone w wiadrze wody, wylanej na ulicy spowoduje, że krok kordonu ZOMO będzie Ci przypominał Twe pierwsze próby łyżwiarskie.(...). Wiedz o tym, że dzięki wysokiemu uświadomieniu politycznemu pracowników MPRD3 w każdym chodniku jest miejsce, gdzie można wydłubać pierwszy kamień. (zwróć uwagę na budki telefoniczne, studzienki itp.)
4. Mieszkańcy domów terenu Śródmieścia - jeśli macie w domu nielubiany kwiatek to nie wyrzucajcie go od razu przez balkon! Poczekajcie, aż będzie pod nim niebiesko, pamiętając, że we Wrocławiu atak ZOMO został zatrzymany z użyciem ”ciężkiego sprzętu gospodarstwa domowego” - jak podała prasa reżimowa.(...). Do barykad4 wykorzystuj samochody państwowe, nigdy prywatne. Chroń je przed zniszczeniem, bo przybędzie nam jeszcze jeden dozgonny przeciwnik demonstracji.
(Nr 19, 10 sierpnia 1983)
1 Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej – brutalne, nierzadko bestialskie oddziały milicyjne, pacyfikujące gazem i pałką każdy przejaw niezależności. Przerażający i zarazem groteskowi, przeważnie tępawi (odurzani mieszaniną alkoholu i środków wzmagajacych agresję) „zomowcy” byli przedmiotem (dosłownie) niezliczonej ilości dowcipów: Z czego składa się zomowiec? Z tarczy, pałki i gazu. I z czego jeszcze? Z niczego. I to jest właściwa odpowiedź.
2 Szarobrunatna maź, przeznaczona do zmywania rąk mocno zabrudzonych np. smarami. Skuteczna. Usuwała smar, skórę i... odciski palców.
3 Nie pamiętamy, co znaczył ten skrót. Może ktoś z czytelników wie?
4 Barykada – miejsce, na którym władza ludowa „rozmawiała”... z ludem.
3 marca br. po nocnej zmianie1 zostało przyłapanych na pijaństwie2 siedmiu pracowników dołowych Kopalni. Interweniowała milicja. Górników spotkał najwyższy wymiar kary: zostali zmuszeni do wpisania się do wronich związków zawodowych.
(Nr 37, 5 kwietnia 1984)
1 Nocna zmiana – w systemie ekonomicznym PRL było to ośmiogodzinne, planowe wykonywanie zadań w... odsypianiu dniówek.
2 Pijaństwo – codzienny obyczaj obywateli kraju, o najwyższej w Europie liczbie członków towarzystw trzeźwości.
W Nowej Hucie1 w dniu wyborów2 17 czerwca doszło do starć ulicznych z ZOMO. Powybijane zostały szyby w budynku Dzielnicowej Rady Narodowej. Rannych zostało 16 zomowców (R-ka zabrała ciężko rannego majora SB – do dzisiaj nie odzyskał przytomności). Zatrzymano 30 osób (trzy sankcje 3-mies.) W manifestacji udział wzięło ok. 8-10 tys. ludzi, a nie, jak podała RWE, 1000 osób. W/w major został zaatakowany przez panie, uzbrojone w parasolki, podczas próby aresztowania i wyciągania z tłumu młodego człowieka.
(Nr 42, 1 lipca 1984)
1 Nowa Huta – gospodarcza stolica kulturalnej stolicy Polski. Choć jest podobna w architekturze do Pałacu Kultury i Warszawy, to jednak nie pochodzą z niej ani Wrzodak, ani Macierewicz. Jaka ulga!
2 Wybory – forma spędzania: wyborców... i wolnego czasu. W PRL istniał obyczaj, że „pierwszy wyborca, który zjawił się w lokalu wyborczym” dostawał/a symboliczny kwiatek, systemu „goździk, rąsia, klapa, buźka” (Jan Pietrzak). Ten obyczaj transmitowała telewizja (przepraszamy za wyrażenie) publiczna, więc „pierwszy wyborca” był starannie tresowany: co i jak ma zrobić przed kamerą. Na tym przykładzie można wykazać triumf demokracji i zmian w RP. Obecnie bowiem pierwszy wyborca, który trafia do lokalu wyborczego, zamiast goździka dostaje kartę do głosowania... i wolny głos. Tempora mutantur...
Choć rocznica 11.XI. jest dniem powagi i skupienia, zdobądźmy się na chwilę uśmiechu. Oto literacka wizja niezrównanego Sławomira Mrożka, który w taki oto sposób widzi szanse na odzyskanie przez Polskę niepodległości:
„Do Szanownej Organizacji Narodów Zjednoczonych1. W miejscu. Donoszę, że polacy to też murzyni, tylko biali. W związku z niniejszym należy im się niepodległość. Jak by Sz. Organizację raził ten kolor skóry, albo były z tym jakieś trudności, to my się nawet możemy przemalować. W tym celu prosimy Sz. Organizację o transport czarnej pasty do butów marki Kiwi. Że my są biali to nie nasza wina. Tak się złożyło. A nawet sama Sz. Organizacja, jakby szła ulicą i zobaczyła patrol, to by też zbielała na twarzy. Chyba, że Sz. Organizacja ma zamiast twarzy dupę. My tej czarnej pasty nie chcemy nieodpłatnie. Za każde jedno kilo możemy Sz. Organizacji posłać jedną tonę czerwonego lakieru. Sz. Organizacja bardzo lubi ten kolor, a my go mamy duży remanent z importu. No, to będzie obustronne zadowolenie.”
(Nr 111, 9 listopada 1988)
1 ONZ – nowojorski salon spotkań wywiadów: tajnych, jawnych i dwupłciowych.
W podziemiu
W latach 1980-1981 byłem przewodniczącym KZ NSZZ „S" w Kopalni Soli w Bochni. Organizacja związkowa obejmowała prawie 95% blisko 700 osobowej załogi kopalni. Jesienią 1981 roku, mimo napiętej sytuacji politycznej, nie docierały do nas sygnały o bezpośrednim zagrożeniu. Były jakieś podejrzenia dotyczące zakłóceń w funkcjonowaniu telefonów i teleksów, ale nie traktowaliśmy tego zbyt poważnie. W przeddzień ogłoszenia stanu wojennego wyjechałem do brata, który mieszkał w Wodzisławiu Śląskim. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się od zapłakanej matki, która wróciła z kościoła. Pamiętam, jak małe dzieci brata narzekały, że telewizja nie nadała porannych bajek. Dla mnie ogromnym problemem stał się powrót do Bochni, gdyż nic funkcjonowała komunikacja. Zacząłem intensywnie poszukiwać taksówkarza, który by mnie zawiózł, ale nie było chętnego. Dopiero po paru godzinach udało mi się namówić jednego za niemałe pieniądze. Był mocno wystraszony, gdy przejeżdżaliśmy przez Śląsk; na ulicach, a zwłaszcza na rogatkach miast, stało pełno wojska i czołgów. Po paru godzinach, nie zatrzymywani, dojechaliśmy w końcu do Bochni. W mieszkaniu, które wtedy wynajmowałem, dowiedziałem się od wystraszonej właścicielki, że 12 grudnia o godz. 11 w nocy przyszła po mnie milicja. Wtedy zabrałem parę niezbędnych ubrań, mały telewizor i szybko wyszedłem. Noc spędziłem w pobliskim Zakładzie Przetwórstwa Hutniczego (obecnie „Stalprodukt"). Już wtedy działał tam komitet strajkowy, gdyż był to zakład o produkcji ciągłej i protest rozpoczęła nocna zmiana. Na czele stali Orzeł, Oleksiński i Uczkiewicz.. W poniedziałek, 14 grudnia, wcześnie rano przedostałem się do swojej kopalni. Zwołałem szybko Komisję Zakładową, a zaraz potem w dużej sali odbyło się spotkanie załogi. Większością głosów podjęliśmy uchwałę o ogłoszeniu strajku okupacyjnego. Część ludzi była mu jednak przeciwna. Wspierali mnie mocno mój zastępca, nieżyjący już Bolesław Nakielny i Krzysztof Jodłowski oraz Sylwester Jachowicz. Cały teren kopalni został zablokowany, tuż za bramami utworzyliśmy barykady z koparki i spychacza. Rano ksiądz z parafii św. Mikołaja odprawił dla nas Mszę św. na dużej sali. To podniosło trochę ludzi na duchu. O godzinie 10 rano zaczęli z nami pertraktować wojskowi, byli też mocno wystraszeni, bo pod ziemią mieliśmy 3 tony dynamitu. Rozpuściliśmy wtedy plotkę, że jak nas zaatakują, to wysadzimy kopalnię w powietrze. Oczywiście była to bujda, gdyż od razu zabezpieczyliśmy magazyn z materiałami wybuchowymi. Uzgodniliśmy, że rotacyjnie jedna zmiana załogi pójdzie do domu po prowiant i umyć się, a po jej powrocie druga zrobi to samo. Puściliśmy też kobiety z administracji. W momencie, gdy część ludzi poszła, nastąpił atak. Jak ludzie zobaczyli wojsko i milicję, zaczęli panikować. Najpierw przez mur przeskoczyła kilkudziesięcioosobowa grupa uderzeniowa. Szybko opanowali różne pomieszczenia, większość z nich zdewastowali. Pracownicy nie stawiali oporu, kilku ludzi zostało jednak pobitych. Większość załogi, ok. 250 osób, zaczęło się koncentrować na dużej sali. Po pewnym czasie grupa uderzeniowa wycofała się, a na teren kopalni wkroczyło ZOMO. Dowodził nim, o ile dobrze pamiętam, pułkownik Ceglarski. Zaczęła się selekcja ludzi na tych, których można wypuścić. Odbywało się to na podstawie wcześniej przygotowanej listy. W grupie internowanych znalazł się Bolesław Nakielny. Potem z domu wzięli jeszcze Teofila Wojciechowskiego. W pierwszym momencie dołączono mnie do grupy przeznaczonej do zatrzymania. Zostałem skuty i wepchnięty do „suki" z dwoma milicjantami. Zaczęli mnie straszyć, że pojadę na „białe niedźwiedzie". Jednak po godzinie, gdy już wszystkich rozdzielili, wróciłem do sali. Tam pułkownik odczytywał dekret o stanie wojennym, potem zadawano mu pytania. Następnie zrobili taki szpaler do bramy i każdego indywidualnie legitymowali. Jeszcze kilku ludzi zatrzymali, a reszcie kazali się rozejść. Byłem przekonany, że mnie zgarną, tymczasem kazali mi iść dalej. Wyszedłem za bramę i kilkaset metrów poniżej kopalni spotkałem się z chłopakami. Uzgodniliśmy, że od jutra będziemy znowu strajkować. Nagle dobiegł do nas kolega i krzyczy „Józek, sp..., bo chcą podłogę za Tobą zrywać!" Okazało się, że na liście pułkownika Ceglarskiego była wpisana Józefa Mroczka, a więc szukali dziewczyny. Od początku było widać, że dowodzę strajkiem więc mnie wzięli do „suki". Ale gdy nie znaleźli mnie na liście, wypuścili za bramę. Gdy podchodziłem do domu, bo chciałem zabrać jakieś rzeczy, aby iść z powrotem do huty, gdzie jeszcze trwał strajk, zobaczyłem w moim pokoju zapalone światło i jakieś osoby. To mnie uratowało. Gdyby nie zapalili światła, zostałbym schwytany. Wycofałem się, ale nie bardzo wiedziałem, co dalej robić. Przypomniałem sobie jednak, że ksiądz, który odprawiał msze św, na kopalni, mówił, że gdyby coś się działo, to należy dać znak. Poszedłem więc na plebanię do parafii św. Mikołaja. Tam porozmawiałem z proboszczem Wójtowiczem, który zaproponował mi nocleg u siebie. Po dwóch lub trzech dniach pożyczyłem od niego sutannę oraz kapelusz i wyszedłem na miasto. Liczyłem, że może spotkam kogoś ze znajomych, kto pomoże mi się wydostać z Bochni. Nie miałem tam żadnej rodziny.
Na ulicy spotkałem jednego znajomego, który długo mi się przyglądał, a potem spytał „Józek, to Ty?" Jednak, gdy chciałem porozmawiać, wystraszony zaraz się oddalił. Ludzie się wtedy jednak bardzo bali. Nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić na plebanię. Przebywałem tam prawie do świąt Bożego Narodzenia, Dołączył do rnnie Zbyszek Dulemba, szef Delegatury „S" w Bochni, który też musiał się ukrywać. Zajmowaliśmy wtedy jeden pokój zaraz za kancelarią. Zaczęły do nas jednak docierać sygnały, że milicja zaczyna się interesować kościołem. Pewnego dnia do kancelarii wkroczył kapitan SB i oświadczył księdzu Wójtowiczowi, że wie, iż tu jesteśmy. Słyszeliśmy to wszystko i byliśmy pewni, że zaraz wejdą do naszego pokoju. Jednak nie zdecydowali się przeszukać pomieszczeń. Wkrótce rozesłali za mną list gończy. Sytuacja robiła się poważna. Zarówno ksiądz Wójtowicz, jak i my uznaliśmy, że trzeba opuścić plebanię. Przenieśliśmy się na drugą stronę ulicy, do mieszkania zajmowanego przez dwie starsze siostry, które udostępniły nam jeden pokój. Nasze wcześniejsze obawy wkrótce się sprawdziły, milicja otoczyła plebanię i trzymała tam przez dwa dni posterunki. Mogliśmy to obserwować ze Zbyszkiem z okna naszego pokoju. Święta spędziliśmy u tych pań. Pamiętam, że telewizję oglądaliśmy leżąc na podłodze, przykryci kocem, żeby na zewnątrz nie było widać odblasku ekranu. Pokój cały czas był wygaszony, okien nie zakrywaliśmy, żeby nie wzbudzać podejrzeń. W pierwszych dniach stycznia 1982 opuściliśmy to mieszkanie. Pomogła nam się stamtąd wydostać Ewa Szwiec, siostra mojego kolegi Krzysztofa. Mieli oni w rodzinie księdza w Mikluszowicach, który zgodził się nas przyjąć. Tam ukrywaliśmy się przez jakiś miesiąc. Stamtąd przenieśliśmy się na plebanię w Cerekwi nad Rabą, a następnie na kolejną plebanię w Okulicach, gdzie katechetą był, nieżyjący już, ksiądz Marian Kwaśniak, a proboszczem ks. Adam Mardeusz. Kontaktowaliśmy się ze światem tylko przez różnych kapłanów. W kwietniu rozstałem się z Dulembą. Nie wiem, gdzie się ukrywał, bo się wkrótce ujawnił i straciliśmy kontakt. Miałem być przerzucony do Marcinkowic koło Nowego Sącza. Pojechaliśmy tam „maluchem" z ks. Kwaśniakiem, ale na miejscu okazało się, że tamtejszy proboszcz nic nie wiedział o naszym przybyciu. Jak powiedziałem mu, jaki jest mój status, absolutnie nie zgodził się, abym tam pozostał. Na szczęście ksiądz Kwaśniak miał we wiosce zaprzyjaźnioną rodzinę, więc postanowiliśmy u niej przenocować. Następnego dnia, z sercem na ramieniu, omijając różne posterunki, powróciliśmy do Okulic, Byłem tam jeszcze kilka dni, po czym pojechałem do Koziej Woli za Tarnowem, gdzie znów mieszkałem u księdza, jego nazwiska już nie pamiętam. Przebywałem tam około miesiąca i dopiero w czerwcu lub lipcu przetransportowano mnie do Krakowa. Tu zdarzyła się sytuacja trochę jak z sensacyjnego filmu. Czekałem w kościele św. Anny, trzymając w ręku połowę banknotu dwudziestozłotowego. Miał mnie odebrać ktoś. kto będzie miał drugą jego część. Po dłuższym czekaniu dosiadł się do mnie człowiek z brakującą połową - był to Wiesław Zabłocki. Pracował wtedy w Arcybiskupim Komitecie Pomocy przy krakowskiej Kurii. Wiesiek wywiózł mnie zaraz do Zagórzan k. Gdowa. Ulokowany zostałem w gospodarstwie należącym do Jerzego i Anny Hlebowiczów. Dla sąsiadów zostałem członkiem rodziny. Nikt się specjalnie nie interesował moją osobą. Uczestniczyłem nawet w pracach polowych, jeździłem traktorem. W Zagórzanach zaczęła się moja właściwa działalność konspiracyjna w ramach podziemnych struktur. Z ukrycia wyszedłem dopiero 27 grudnia 1984 roku. Wcześniej pertraktowałem z milicją, za pośrednictwem Kurii przez ks. Łomnickiego, żądając gwarancji na piśmie, że nie zostanę aresztowany po ujawnieniu. Byłem już bodaj ostatnim ukrywającym się z dawnego woj. tarnowskiego. Oczywiście nie dali mi gwarancji na piśmie, ale obiecali, że nie pójdę siedzieć, gdy sam się zgłoszę. Zrobiłem to na komendzie MO w Tarnowie
Józef Mroczek
Ten wiersz nie ukazał się w „Kurierku”. Jakoś nie było okazji. Ale, ponieważ napisałem go z myślą o naszym piśmie, podaję go teraz do druku, zachowując ułomną formę i nastrój, jako dokument emocji i czasu.. I jeszcze jedno. Tyle się dzisiaj mówi o wielkich bohaterach „Solidarności”. I słusznie. Ja jednak chciałbym ten wiersz poświęcić pamięci Zdzisława Wachla, bohatera nieznanego. Człowieka nader skromnego, a zasług niepospolitych. Dzielnego i cierpliwego. Zdzichu już nie żyje, umarł cicho i bez nagród. Nigdy się zresztą o nie nie upominał. Tak, jak żył i jak pracował dla wolnej Polski – bo trzeba. Nie zdążyłem mu powiedzieć: dziękuję... za piękny przykład prostej, walecznej postawy. Może teraz usłyszy..
powinienem zanotować strach
z wezwania ojca do szkoły z przyczyny „złego zachowania” z pierwszego przesłuchania na placu Wolności z Korbielowa gdzie pijani górale katowali brzozowymi pałkami niewinnego przechodnia z krakowskiego rynku 13 maja 1982 gdy gaz wlewał się do gardła z nocnej wizyty i rewizji badaczy łupieżu z odkrycia że Tadeusz Różewicz jest agnostykiem i nie ma nadziei z informacji usłużnej że przyjaciel młodości już jest płatnym z wiedzy o tym że kobieta ma ciało które można pieścić z poezji Rafała Wojaczka przed którą nie ma ucieczki z rozmowy z Piotrem Skrzyneckim (oby nie dowiedziała się Joanna) kiedy jasnym się stało jak smutny i samotny jest najmądrzejszy z ludzi w czarnej szacie błazna i stoika z samotnego wyjazdu Wojtka Bellona w stronę mrocznej Bukowiny z małej i błahej sprawy która okazała się ostatnią i ma już wymiar ostateczny Bochnia, 27 maja 1986
Andrzej Pacuła
Nakład 150 egz. + 2 dla potomnych.
Sprostowanie: Ten egzemplarz ukazał się pod numerem 123, a powinien nosić numer 124. Pamięć ludzka jest omylna - zapomnieliśmy, że numer 123 ukazał się jeszcze w 1989r. Przepraszamy
|