Wprowadzenie stanu wojenngo w Bochni i pacyfikacja Zakładu Przetwórstwa Hutniczego
(obecnie STALPRODUKT S.A)
12 grudnia 1981r
Jest sobota. Jak co dzień jestem w pomieszczeniu KZ NSZZ"S". Idąc do pracy z kolegą rozmawiamy o aktualnej sytuacji. Często pada słowo konfrontacja, ale żaden z nas nie wie jak ona ma wyglądać, chociaż obydwaj się zgadzamy, że wisi ona w powietrzu. Dzień pracy rozpoczyna się normalnie. Przychodzi pismo od dyrektora w spr awie zwolnienia pracownika, chyba za pijaństwo, Jeżeli do poniedziałku nie oprotestujemy zwolnienia to chłopaka zwolnią. Odkładamy wydanie opinii do poniedziałku. Jak się później okazuje stan wojenny uratował go od zwolnienia bo nie było opinii związku. Jeden z niewielu przypadków gdzie stan wojenny przyniósł korzyść pracownikowi.
Około południa przychodzą pierwsze teleksy z Gdańska gdzie obraduje Komisja Krajowa. Są to na razie ogólne wstępne teksty oceniające aktualna sytuację w kraju. Około 13-tej otrzymujemy teleks z którego wynika, że niektórzy wojskowi (ze Szczytna) otrzymali zalakowane rozkazy na wypadek wojny oraz otrzymali rozkaz wymarszu (dokąd?). Później przychodzi następny teleks informujący o ruchach wojsk i zmotoryzowanych brygad udających się w kierunku Gdańska. Nie robią te wiadomości na mnie większego wrażenia. Tyle ostatnio było różnych niedorzecznych wiadomości, że w zasadzie nie wiadomo w co wierzyć. Poleciłem wywiesić te teleksy w gablocie i przesłać do innych zakładów pracy w Bochni. Około 14-tej przyszedł teleks z patriotycznym wierszem Miłosza - nie pamiętam tytułu. Była tam mowa o niepodległości. Coś mnie tknęło. Wysyłam ten teleks do KM HiL. Po pierwszej zwrotce połączenie zostaje przerwane. Próbuję drugi raz - to samo. Po zgłoszeniu się za trzecim razem Solidarności w KM HiL piszę na teleksie „ podsłuchującego ubeka proszę o nie przeszkadzanie w łączności teleksowej". Poskutkowało teleks przeszedł cały.
Po skończonym urzędowaniu w KZ udaję się do delegatury ZR Małopolska przy ul. Kazimierza Wielkiego. Jest kilka osób pełniących kierownicze funkcje w Solidarności w bocheńskich zakładach pracy. Kierownik delegatury Zbigniew Dulemba informuje, że wczoraj usiłowano go przejechać z premedytacją samochodem w Brzesku gdzie mieszka. Ustalamy rezerwowy skład władz związku na wypadek aresztowań. W zakładach pracy zrobiono to już dużo wcześniej. Szefa wyznacza tajnie kierownik Delegatury nie informując pozostałych kto nim jest. Sytuacja jest napięta. W nocy z 11 na 12 - tego ktoś rozwiesił plakaty z napisem KPN - Koniec Polski Niepodległej. Ustalamy plan dyżurów w Delegaturze. Do godziny 18-tej ma być pracownik etatowy Delegatury Władysław Piecuch. Na noc miał zostać kierownik Delegatury, ale ponieważ był mocno przerażony zaproponowałem żeby poszedł do domu, a ja przyjdę na noc. Po zebraniu idę do siostry, aby coś zjeść. Wypijam przy okazji dwa kieliszki imieninowej jeszcze z Barbary i idę na dyżur. Z początku przebiega wszystko normalnie. Telefonuje chyba dwa razy do Solidarności w KM HiL z zapytaniem o wiadomości z posiedzenia Komisji Krajowej, ale mają tyle samo co ja. Umawiam się, że kto dostanie pierwszy teleks ten od razu przekaże.
Około 22-giej dostaję teleks z Domu Chłopa w Warszawie, gdzie zainstalowana jest obsługa informacyjna Regionu Mazowsze. Idą pierwsze uchwały. Jestem zawiedziony. Sytuacja napięta, a tu jakieś ogólnikowe stwierdzenia (Jak się później okazało najważniejsze miały być później). Po około 20 minutach teleks się wyłączył. Zakląłem, w duchu zdobycze polskiej techniki bo dość często zdarzało się zawieszenie teleksu na poczcie. Wykręcam telefon do KM HiL - nie ma kierunku. Próbuję Tarnów - to samo. Coś mi zaczyna świtać w głowie. Zamawiam na poczcie błyskawiczną do kierownika delegatury w Brzesku. Za minutę dostaje połączenie. Zdaję relację: połączenia telefoniczne na Kraków i Tarnów zerwane, teleks nieczynny jeśli będą nowe wiadomości zadzwonię. Dzwonię do dyspozytora w ZPH i proszę o połączenie linią hutniczą z Solidarnością KM HiL. Za chwilę dyspozytor odpowiada, że nikt się nie zgłasza. Zamawiam po raz drugi błyskawiczną do Brzeska. Słyszę wystraszony głos telefonistki z zapytaniem co się dzieje? (wtedy już wojsko prawdopodobnie z Nowego Sącza wchodziło na pocztę). Odpowiadam, że nie wiem, uspokajani się ,żeby się nie denerwowała i połączyła mnie z Brzeskiem. Za kilkanaście sekund dostaję Brzesko. Informuję Dulembę, że w związku z zerwaniem łączności udaję się do zakładu pracy bo tani będzie bezpieczniej.
O 2330 opuszczam delegaturę. Idę do rynku. Żadnych podejrzanych ruchów, które by coś zwiastowały. Na postoju taksówek dwóch pijanych oczekujących na taryfę. Podjeżdża kolega, który dorabia jako taksówkarz nie mając jeszcze zezwolenia i napisu taxi na dachu samochodu. Poznaje mnie i zatrzymuje się. Proszę o podwiezienie do huty - jadąc opowiadam mu po drodze z zerwanej łączności. Nie bierze żadnych pieniędzy za podwiezienie.
13 grudnia 1981r.
Idę do Komisji Zakładowej, próbuję połączyć się teleksem z KM HiL - nieczynny, próbuję teleksem zakładowym - nieczynny. Idę na centralę telefoniczną, gdzie są bezpośrednie łącza „Budostalu" z Krakowem - nieczynne. Teletechnicy nie mogą zrozumieć co się dzieje. Idę do dyspozytora usiłując się połączyć łączami hutniczymi z Komisją „S" w KM HiL - nikt nie odpowiada. Wracam do Komisji Zakładowej Po kilku minutach przypominam sobie o awaryjnych numerach „S" w KM HiL. ustalonych jeszcze podczas prowokacji Bydgoskiej. Sięgam do notatnika i znajduję je. W komisji Zakładowej jest już kilka osób z wydziałów. Przedstawiam po krotce sytuację i pędzę do dyspozytora by dzwonić na awaryjne numery. Zgłasza się Stanisław Hanzlik v-ce przewodniczący hutniczej „S". Słyszalność bardzo słaba. Dowiaduję się że SB zrobiło obławę na siedzibę ZR Małopolska i wielu działaczy aresztowano, że obława była również na siedzibę hutniczej "S", ale udało się im uciec (s.Hanzlikowi i J Ciesielskiemu) z pełnionego dyżuru w siedzibie związku. Poinformowali również, że ogłaszają strajk okupacyjny ze względu na bezpośrednie zagrożenie związku. Na tym rozmowa się kończy.
Dzwonię na wydziały i informuję o strajku. Jest godz. 430. Wydział P2 staje od razu, wydział Pl stopniowo po wyjechaniu blachy z pieców. Dzwonię do Witka Bawolskiego przewodniczącego Krajowej Sekcji Hutniczej „S", i v-ce przewodniczącego hutniczej „S" mieszkającego w Bochni, aby przyszedł do naszego zakładu ze względu na swoje bezpieczeństwo. Dzwonię lub wysyłam gońców do członków Komisji Zakładowej, aby przyszli do zakładu. Dzwonię także do dyrektora zakładu aby przyszedł. Ściągam kierowniczkę stołówki oraz personel kuchni, aby przygotowali posiłki. Wysyłam „Nyskę", aby można było zebrać pracowników stołówki. Słuchamy radia - nie są nadawane wiadomości o 4-tej i 5-tej. Około 530 przybywa dyrektor Henryk Hołota. Siedzimy w pomieszczeniu Komisji Zakładowej i dyskutujemy. Jest nas kilkanaście osób. O godzinie 6-tej spikerka w radiu informuje, że za chwile będzie specjalny komunikat. Przemawia generał w ciemnych okularach.
Pierwszych słów słuchamy w napięciu, kiedy mówi o zawieszeniu związków jedna z kobiet nie wytrzymała i syknęła s...syny. Przemówienie jest nagrywane na taśmę magnetofonową. Po zakończeniu przemówienia kilka urywanych zdań komentarza. Każdy z nas przeżywa to wewnętrznie. Dyrektor pyta co robicie. Odpowiadamy, że strajkujemy dopóki wszyscy działacze związku nie zostaną uwolnieni. Wychodzi do swojego gabinetu. W między czasie przybywa W. Bawolski. Wysyłam prywatny samochód jednego z pracowników do Brzeska po Z. Dulembę. Mają go przywieść okrężną drogą do nas bo tu będzie bezpieczny. Witek Bawolski otrzymuje połączenie z „S" w KM HiL, ale żadnych nowych szczegółów się nie dowiaduje poza tym, że huta już stoi. Nocną zmianę jeszcze puszczamy] do domów, aby się przygotowali na strajk., ale nie wszyscy idą. Część zostaje aby nam, pomóc. Przychodzi starsza kobiet i mówże każde pokolenie musi ponieść swoje ofiary w czasie wojny uszyła biało -czerwone opaski dla AK teraz uszyje dla nas. Jesteśmy wzruszeni. Robimy zebrania dla nowej zmiany i informujemy o sytuacji. Przemawia najczęściej Bawolski. Nikt nie protestuje przeciwko strajkowi. Przybywa Dulemba z Brzeska, jest kompletnie załamany. Płacze mówiąc „patrz Jurek, co te... z nami zrobili". Pocieszam go prowadząc na halę, mówiąc "Popatrz, ludzie strajkują, popierają nas. Nie zginiemy". Patrzy obłędnym wzrokiem na stojące maszyny, ale załamanie nie mija. Jest mi smutno. Zaczyna dopiero teraz do mnie docierać co się dzieje. Ale nie poddaję się, Wierzę, ze to starcie wygramy.
Do Komisji przychodzi kilka osób z miasta chcąc się zorientować co się dzieje. Wysyłani gońca na plebanię, aby przyjechał ksiądz i odprawił mszę św. dla pracowników. Przyjeżdża ksiądz, który jest akurat na misjach w Bochni i odprawia mszę św. wygłaszając homilię o godności ludzkiej. We mszy nie uczestniczę z e względu na nadmiar spraw. Wcześniej, około 11-tej przychodzi do zakładu I- sekretarz KZ PZPR Jan Klassa. Rozmawiam z nim krótko, informując o sytuacji. Nie robimy specjalnego Komitetu Strajkowego. Wyznaczam odpowiedzialnych za: straże, porządek, wyżywienie itp. Z bramy meldują, że przyszedł pracownik SB z Tarnowa mający pod opieką nasz zakład niejaki Janikowski i chce się widzieć z dyrektorem. Odprowadzono go od bramy do dyrektora i z powrotem, aby się nie plątał po zakładzie.
Ponieważ ranna zmiana przyszła do pracy nieświadoma tego, co się dzieje i nieprzygotowana na dłuższy pobyt w zakładzie ustalamy, że pracownicy z tej zmiany pójdą jeszcze do domu. Kontaktujemy się z MPK i za około pół godziny autobusy mające odjechać z pod huty są na terenie zakładu, aby nikt im przypadkiem nie utrudniał jazdy. O 14-tej wyjeżdżają wraz z pracownikami na swoje normalne kursy. W godzinach popołudniowych przychodzi do nas przewodniczący „S" w kopalni Soli Józef Mroczek. Stan wojenny zastał go na Śląsku u rodziny. Przyjechał do Bochni taksówką. W telewizji nadają komunikaty. Kto kieruje akcją protestacyjną podlega karze............................. Słucham i niewiele z tego dociera do mnie. Jeszcze wierzę, że to wygramy, ale zaczyna docierać do mnie, że być może trzeba będzie za to zapłacić. Jeszcze nie wiem jaką cenę, ale trzeba będzie. Myśli kierują się ku rodzinie, znajomym.
Zaraz w niedzielę koło siódmej rano zadzwoniłem do domu odebrała telefon mama. Powiedziałem, że jest stan wojenny i że jest u nas strajk, żeby się nie martwiła, że wygramy. Jeśli by rozsiewano jakieś plotki o tym, że mnie aresztowano lub tym podobne żeby nie wierzyła. Odłożyłem słuchawkę, za chwilę zadzwonił od rodziców brat. Co się dzieje ? Włącz sobie radio o pełnej godzinie to się dowiesz. Krótko wyjaśniam.
Reszta niedzieli upłynęła spokojnie. Ewakuowano dokumentację z delegatury wyniosła ją Genowefa Bielecka . Nadal mamy łączność z „S" z KM HiL. O 10 tej wieczór przychodzi nowa zmiana. Znowu zebrania informacyjne. Ludzie przyjmują strajk ze zrozumieniem. Około pomocy kładę się na kilka godzin w nocy spać w śpiworze na podłodze. Zmęczenie jest silniejsze od napięcia - zasypiam.
14 grudnia 1981r.
Budzę się około 4-tej i wybieram się na spacer po zakładzie. Wszystko jest w porządku. Przynosi mi to pewna ulgę. Coraz bardziej zaczyna docierać do mnie powaga sytuacji. Jestem trochę przygnębiony. Poniedziałek rano. Przychodzą wszyscy pracujący na jedną zmianę. Znów zebranie informacyjne. Witek jest już ochrypnięty od ciągłego mówienia. Jestem mu bardzo wdzięczny gdyż mnie wyręcza. Po jego przemówieniu zabiera głos przewodniczący Komisji rewizyjnej Zalasiński. Mówi o roku 1956, który dobrze pamięta. Płacze - część sali też. Jestem bardzo wzruszony. Łączność telefoniczna jeszcze działa do godziny 10 -tej Kopalnia Soli strajkuje, Zakład Naczyń Kamionkowych tez coś próbuje. Próbuje również i Spółdzielnia Ogrodnicza. Z innych zakładów nie mamy wiadomości. Podajemy przez radiowęzeł przemówienie wojenne generała oraz nasze oświadczenie w którym stwierdzamy, że świadomi sytuacji i odpowiedzialności będziemy spełniać swoje powinności dopóki tego sobie będzie życzyć załoga.
Zakład zostaje zamknięty. Nikt nie może wychodzić bez odpowiedniej przepustki. Wydajemy takich przepustek kilka dla tych którzy otrzymali karty mobilizacyjne, aby ich nie narażać na odpowiedzialność karną. Jednemu z zaufanych pracowników polecam zorganizować kilka osób aby poszły na dworzec PKP i wypytywały przyjezdnych o to co się dzieje w Polsce oraz informowały o tym co u nas. Akcja ta nie przynosi w zasadzie żadnych rezultatów. Na jednym z zebrań informacyjnych rozdajemy około 100 egzemplarzy „Wspomnień Gomółki" wydanych poza cenzurą, które były do sprzedaży. Natomiast biblioteka wydawnictw niezależnych zostaje ewakuowana i dobrze schowana. Około południa dowiadujemy się, że zlikwidowano w rynku tablicę informacyjną Solidarności. Zabetonowane rury na których była umocowana ucięto przy samej ziemi. Pod bramę zakładu przychodzą rodziny i przynoszą jedzenie dla pracowników. Wywołujemy przez radiowęzeł tych, którzy maja się zgłosić na bramę. Z Krakowa przyjeżdżają studenci i przywożą dokumenty wydawane przez Komitet Strajkowy KM Bil, który przekształcił się w regionalny Komitet Strajkowy Regionu Małopolska. Ze względu na zagrożenie interwencją przenosimy komitet strajkowy z biurowca na hale produkcyjną. Tam montujemy nagłośnienie, aby był kontakt z ludźmi. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa. Do ludzi przemawia I sekretarz KZ PZPR J. Klassa. W przemówieniu podkreśla słuszność protestu, a w czasie rozmowy z nami proponuje przejecie przez partie kierownictwa strajku ponieważ partia jest legalna i jej działalność nie została zawieszona. Nie zgadzamy się . Wieczorem około 17 -tej zjawia się w zakładzie II sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR Wiesław Palczewski. Znam go osobiście bo zanim poszedł w sekretarze pracował jako elektryk w ZPH i spotykaliśmy się w czasie pracy. Przez Klassę daje mi znać, że chce ze mną rozmawiać. Rozmawiamy kilka minut na hali. Przestrzega przed interwencją i proponuje, że sprowadzi na rozmowy władze wojskowe. Zgadzam się.
Po dwóch godzinach przyjeżdża kilka osób. Komisarz w stopniu pułkownika, który już wcześniej bywał w zakładzie i miał ze mną kilka scysji, Komendant MO w Bochni i jeszcze chyba czterech wojskowych i milicjantów. Najpierw był telefon z bramy, że są i chcą wjechać „gazikiem" do zakładu. Polecam aby ich wpuszczono. Parkują przed dyrekcją. Palczewski prowadzi ich na halę do naszego kantorka. Obok nas stoi lub leży ( niektórzy śpią około 1000 pracowników. Wojskowi jak gdyby się przestraszyli klasy robotniczej i stwierdzili, że tu nie będą rozmawiać i proponują gabinet dyrektora. Po chwili wahania zgadzamy się. Biorę ze sobą dwóch kolegów z prezydium i idziemy. Za nami podąża około 200 pracowników pilnując aby nas nie zwinęli. Rozmowa u dyrektora odbywa się na stojąco i trwa kilkanaście sekund. Przemawia pułkownik żądając ultymatywne zakończenia strajku i rozejścia się do domu. Próbuje zabrać głos sekretarz Klassa żądając wyjaśnień. W pół słowa wchodzi mu pułkownik „nie ma żadnych dyskusji". Wychodzą gabinetu. My też. W drzwiach mijam się z pułkownikiem. Z szyderczym uśmiechem mówi "Do widzenia, panie Orzeł". Odpowiadam "Do widzenia" i wychodzę. Wtedy zrozumiałem., że wyrok został już wydany. Wracam na halę. Przemawia Bawolski i sekretarz Klassa. Treści ich przemówień są zbieżne. Trwamy nadal. Sytuacja coraz bardziej nerwowa. Pracownicy dowożeni autobusem z Krakowa (przeważnie kadra inżynieryjno-techniczne) chcą wyjechać ktoś wydaje zgodę. Zatrzymują ich na bramie pracownicy z wydziału P2. Autobus wraca do garażu. Kilku pracowników z wydziału P2 chce uruchomić agregat i ciąć profile na odpowiednią długość, aby było się czym bronić. Dla wszystkich jest już jasne że będzie pacyfikacja. Zabraniamy kategorycznie cięcia profili. Jeden z mechaników z Pl przedstawia mi jak z kawałka rurki śrutów i sprężonego powietrza, które jest na hali, zrobić karabin maszynowy na śrut. Tłumaczę mu, że to nie ma sensu, że oni mają czołgi skoty, karabiny itp. Chyba to przemawia do niego. W nocy czujemy się bezpiecznie o tej porze na pewno nie przyjdą. Kładę się na trzy godziny spać. Na podłodze z podłożona kufajką zasypiam natychmiast.
Około trzeciej wstaję dzwonią po mnie koledzy. Kilka osób przychodzi po przepustkę aby opuścić zakład. Nie wydajemy żadnych przepustek. Przychodzą informacje, że kilka osób uciekło przez siatkę. Atmosfera coraz bardziej nerwowa. Prawie wszyscy strajkujący zdają już sobie sprawę z nieuchronnej interwencji sił porządkowych. Mimo to podczas głosowań prawie wszyscy opowiadają się za pozostaniem w zakładzie. Kierownictwo zakładu usiłuje wręczać pracownikom karty militaryzacyjne zakładu. Prawie nikt ich nie przyjmuje. Jesteśmy umówieni ze strażą robotniczą że w razie zbliżania się „sił porządkowych" dadzą znać gdzie trzeba i zostaną uruchomione syreny alarmowe.
Jest wtorek 15 grudnia 1981 r. W godzinach południowych docierają do nas informacje, że rozbito strajk w Kopalni Soli i Zakładzie Naczyń Kamionkowych. Zostaliśmy ostatni w Bochni i jak się później okazało ostatni w województwie tarnowskim. Po raz któryś z kolei rozpoczynają się wspólne modlitwy na hali. Oddaję dokumenty i pieniądze jednemu z kolegów, aby w razie czego przekazał rodzinie. Wszystkie drzwi do hali są zadrutowane. Na wniosek jednego z kolegów polecam uruchomić suwnice i przy każdych drzwiach ustawić kilkutonowy krąg blachy tak by nie można było taranować wejść. Wywołuje to ogromne zamieszanie bo niektórzy myślą, że strajk przerwany, ale szybko to wyjaśniamy. Przychodzi jeden z elektryków i mówi, ze wystarczy w razie czego nacisnąć jeden guzik i zgaśnie światło na całej hali. Odradzam mu to. Dochodzą nas słuchy, ze władze najbardziej się boją wytwórni wodoru bo ktoś puścił plotkę, że w razie interwencji wysadzimy ją w powietrze. Samobójcami to my nie jesteśmy.
Około 13-tej przeraźliwym dźwiękiem odzywają się syreny alarmowe. Napięcie dochodzi do zenitu. Wszyscy schodzą się w jedno miejsce tam gdzie jest nagłośnienie przy końcu hali wzdłuż linii przygotowania kręgów. Znów rozpoczynają się modlitwy. Przemawiam do ludzi prosząc o zachowanie spokoju i bierny opór. Dzwoni telefon. Dyrektor informuje, że w zakładzie są siły porządkowe i ich dowódca żąda, aby pracownicy opuścili halę. Odpowiadam, że przekażę tą informację pracownikom, zapytam ich o zdanie i przedzwonię do dyrektora. Na zapytanie kto jest za pozostaniem na hali podnosi się las rak do góry. Dzwonię do dyrektora i informuję go, że załoga nie ma zamiaru opuszczać hali. Po chwili podchodzi do mikrofonu jakaś kobieta i prosi w imieniu dzieci pozostających w domu, aby kobiety mogły opuścić halę. Podchodzę do mikrofonu i pytam co o tym myślą. Padają różne głosy. Poddaję propozycje pod głosowanie. Większość głosuje za opuszczeniem przez kobiety hali. Do mikrofonu podbiega Barbara Więckowska. Płacze i prosi aby opuściły halę tylko te kobiety, które chcą i muszą reszta, żeby pozostała.
Tymczasem grupa rozjuszonych zomowców pacyfikuje budynek dyrekcji. Kierownictwo zostało u siebie w biurach nie zeszło na halę mimo naszych zaleceń. Otwierają drzwi butem wyrywając zamki, każą wszystkim kłaść się na brzuchu na podłodze. Jeden z elektryków protestuje w imieniu swojej sekretarki, która jest w zaawansowanej ciąży. Wywołuje to furię e zomowca i nie skutkuje. Kilka dni potem kobieta ta poroniła. Przed halą do uzbrojonego w karabin zomowca podchodzi Jan Kaleta. Rozdziera koszulę na piersiach i mówi strzelaj s...synu. Nie wytrzymuje przewraca się i traci przytomność. Interweniujący mają dwie karetki, ale nie ma kto wydać pozwolenia na udzielenie pomocy. Ktoś wzywa lekarza zakładowego i ten się zajmuje Kaletą.
Dzwonię do dyrektora i informuję, że część kobiet zamierz opuścić halę. Wyjdą brama koło walcarki. Dowodzący pacyfikacją przez dyrektora wydaje zgodę. I na moje naleganie zapewnia bezpieczeństwo wychodzącym. Część kobiet wychodzi, ale dużo zostaje. Przez otwartą bramę wchodzą zomowcy. W hełmach z tarczami, pałkami. Prowadzi ich dyrektor w asyście dwóch oficerów. Idą od walcarki przez nawę między liniami A i B l. Jeden z pracowników bierze mikrofon i rozpoczyna modlitwę. Jesteśmy skupieni w jednej gromadzie około 1500 - 2000 pracowników. Częściowo nas otaczają. Wchodzą na podesty linii. Dowodzący coś krzyczy do nas, ale zagłusza go miarowe "Zdrowaś Mario, łaski pełna..." W pewnej chwili modlitwa ustaje. Ktoś z tłumu zawtórował "Jeszcze Polska nie zginęła..." Wszyscy śpiewają, ile tchu, choć niektórym jak gdyby obręcz na gardle się zaciskała. Inni śpiewają przez łzy. Umilkły słowa hymnu. Z głośników znów popłynęły słowa modlitwy. Znów oficer coś krzyczy o rozejściu się, ale niewiele go słychać.
W pewnym momencie z głośnika słychać: "A teraz pomodlimy się za tych, co interweniują, aby Matka Boska zdjęła im blachę z oczu i aby przejrzeli. Zdrowaś Mario..." Oficerowie nie wytrzymują, z furią przepychają się do kantorka, gdzie jest mikrofon. Wymachują pistoletami temu, który prowadzi modlitwy, w końcu wyrzucają go na zewnątrz. Stoję kilka metrów od kantorka. Porucznik bierze do ręki mikrofon. Przychodzi mi na myśl, aby przeciąć kabel od głośnika, ale stoję za daleko i nie mam czym przeciąć. Z głośnika słychać: "zgromadzenie jest nielegalne i proszę się rozejść!" Odpowiada głuche milczenie. Powtarza kilkakrotnie. To samo. Zauważam, że obok mnie stoi jakiś człowiek w cywilu. Za chwilę po bezskutecznych nawoływaniach do rozejścia się wołają mnie do kantorka. Podchodzę, wymachuje pistoletem i usiłuje zerwać mi z klapy emblemat Solidarności. Szarpie i nie może jej zerwać - jest mocno zaczepiona. Mówię mu, żeby zostawił, że sam ściągnę bo mi podrze kurtkę. Odpinam i chowam do kieszeni. Nawołuje po raz kolejny do rozejścia się. Głuche milczenie. Zwraca się do mnie, abym przemówił, do ludzi, żeby się rozeszli. Z początku odmawiam, ale po jakimś czasie biorę mikrofon i mówię: O tym co będzie dalej zadecydujecie sami, Ja uważam, że powinniśmy się rozejść. Jesteśmy otoczeni przez przeważające uzbrojone siły. Decyzja należy do was. Odkładam mikrofon, ktoś z tłumu krzyknął - "zdrajca".
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Chcę wyjść z kantorka. Dokąd? Pada pytanie. Do kolegi po papierosa odpowiadam. Wyciąga paczkę klubowych i daje mi zagradzając równocześnie drogę do wyjścia. Biorę jednego papierosa i zostaję. Tłum zaczyna rzednąć. Do kantorka podchodzi mój zastępca Eugeniusz Oleksiński. "Pan do kogo?" - pada pytanie. "Kolega przewodniczący nie może sam zostać" - odpowiada. "Jeśli go bierzecie, to ja idę z nim". " - A pan kim jest?" - pyta oficer. "V-ce przewodniczący Komisji Zakładowej, Eugeniusz Oleksiński" - pada opowiedz. " -To prosimy z nami".
Większość ludzi już opuściła halę. Wyprowadzają nas na zewnątrz, przed halę, idziemy przez szpaler zomowców do zaparkowanego nieco dalej „gazika". Wsiadamy. Z krótkofalówki słyszę: meldunek dla kapitana K. "Akcja dobiega końca. Zatrzymano trzy osoby". Odpowiedzi nie słyszę, gdyż wyłączają krótkofalówkę. Z samochodu, w którym jesteśmy, sprzedają dla uczestników pacyfikacji kanapki z pasztetową po 7 złotych. Proponują również nam, bo nie wiadomo, kiedy będzie posiłek. Odmawiamy. Po głowie ciągle chodzi mi myśl, kto jest trzecim aresztowanym (później okazuje się nim I szy sekretarz KZ PZPR Jan Klassa). Wyjeżdżamy z zakładu w kierunku Tarnowa. Przychodzi odprężenie i ulga, że strajk już skończony. Teraz już nie muszę odpowiadać za innych.
Tekst napisany w marcu 1983r.
Jerzy Orzeł
l
|